Piórem Pisane

Bruxela 30.07.1996 rue Prense Ruaiale

Przebudzenie

Budzisz się zdziwiony smutnym powitaniem poranka
z głową spuszczoną siedząc wpatrzony,
Drogę łzy nieba na szybie śledzisz
jedna znika z zasięgu wzroku
ginąc w zapomnień mroku
pojawia się druga
a ty w monotonii bicia serca czujesz jak w nim rośnie rozterka.
Płacz nieba wzmaga się,
coraz rzewniejszym w twe szyby uderza,
jakby pukał z czegoś się zwierzał
szum wkrada się do domowej ciszy,
łkaniem dla płaczu wiatr towarzyszy.
Patrzysz skupiony, powiek nie mrużąc, słuch wytężywszy,
warga bezwładnie opada w skupieniu nad pojęciem zwierzeń
bez kontroli przez umysł pozostawiasz
szum i szept coraz bardziej się zbliża,
w krąg otoczony.
Wiatr szepcze do ucha
mgła w oku płaszcz swój rozścieła,
chłód nogi pieści przeraźliwy,
do góry po ciele się wznosi
starannie całość obejmuje
nieba wilgoć łez na ciele czujesz,
na czole chłód, jesienne krople,
na policzkach ciepłe wiosenne.
Po twarzy w dół się niezdarnie posuwają
jak wspomnienie chcą umknąć,
kontakt z twarzą tracąc oderwawszy się od niej
ślad po sobie chcą zatrzeć,
by nigdy nie można było zrozumieć co powiedzieć chciały.
Nadzieje tracąc w ogromnym skupieniu nad rozważaniem.
W momencie, którym bezwładnie tkwiąca i zapomniana warga
budzi się leniwie przez krople oderwaną od powieki poruszona,
wchłaniając ją do ust słonej goryczy smutnego ranka wieść przynosi.
Za oknem słońce spoza chmur się wynurza,
pogodnieje krajobraz,
zbierać trzeba siły by dnia nowego w pamięci szkicować obraz
bez pośpiechu i hałasu,
wybór tematu zostawiając dla czasu.

 

1998 r. początek roku Rinval koło Turnai

Gość

Skamle wiatr, wciskając się do pustelnika chaty przez wąskie szpary drzwi, pochylonej sieni,
przez dziurę w progu wydeptanych bosych stóp krokami. Bez pukania do drzwi wcisną się do izby,
gość nieproszony lecz częsty i tak dobrze w progach znany.
Hulać zaczął, kurz wciskając w szpary rozeschłych dech podłogi.
Utykając każdą sęka dziurę, czego nie mógł unieść w górę.
Pod ruszta źdźbła popiołu spod komina wcisnął,
jak złodziej z łupem dziurą w oknie chciał umknąć.
Świsnął. Kłębek kurzu powstający na stole przed nim, zaczął toczyć.
Kłębek uderzając w suchy bochen chleba rozbił się i sypnął w domownika smutne oczy
po wędrówkach leśnych z kromką chleba w dłoni.
Tkwił przy stole, w okno patrząc jak wiatr gnie topole,
wiatr złośliwy zawirował nie mogąc umknąć oknem do komina się skierował,
chwyciwszy w taniec płomienie, zaczął skoczne tańczyć oberki
myliły krok, płomienie niechętne, bo tańczył szybko zbójnickiego łapiąc nutę,
po chwili wszystkie poderwał w górę wyskoczył kominem objęty w płomienie.
Myśląc że wszystko zabrał z tej pustej chaty podle się śmieje.
Przełyka pustelnik gorycz, patrząc oknem co na świecie się dzieje,
ma gorzką łzę w oku, głownie w kominku żarzące, chleb suchy na stole
a w ciele serce wiarą nadzieją i miłością płonące.

 

Na leśnej drodze

Koń wybity z galopu w bok odskoczył na leśnej drodze spłoszony przez jeża
który się z gąszczu wytoczył.
Zaistniałą sytuacja nieświeża, zdaniem jeża
wielkie bydlę chciało zdeptać małego zwierza.
Sytuacja podła zdaniem jeźdźca, którego koń wysadził z siodła,
koń był winien jeździec, który mknąć chciał szybciej wzdłuż tej drogi
wbijał w boki swe ostrogi.
Padło sądu orzeczenie-
koń popełnił wykroczenie,
jeźdźca mocno poturbował, omal jeża nie stratował.
Kilka latek koń dostanie i jak klawisz na kopyto mu nie stanie,
wyjdzie w rok za dobre sprawowanie.
W duszy końskiej morał powie
to co jeździec, ma koń w głowie.