Łukawica

Los Łukawicy i jej mieszkańców

Na dniu 19 września 1863 r. oddział powstańców pod dowództwem Ejdminowicza spotkawszy się z moskalami w samym, że tak rzeknę, kącie granicy między Łukawicą, Zalesiem, Topczewem i Wólką Piotkowską, stoczył tam bitwę i świetne odniósł nad przeważającą siłą moskali zwycięstwo. (…)

To nad Moskalami odniesione zwycięstwo, przejęło wprawdzie moskali, a głównie wyższych czynowników, pewną obawą, ale niestety tylko na krótko; rozniecona bowiem obawa wkrótce w szalony zmieniła się gniew. - Borejsza ucieszył się niewypowiedzianie, bo bitwa ta nastręczyła mu sposobność spełnienia tego, czego od Amentowa domagał się renegat Haneckoj.

Borejsza miał do wyboru powyżej wymienione wioski, na których granicy toczyła się bitwa. (…) Jednę atoli należało obwinić więcej od innych i los na nieszczęśliwą padł Łukawicę, a za pozór do tego posłużyć miało zdarzenie, że właśnie na parę godzin przed ową dla Moskali niefortunną potyczką powstańczy oddział Ejdminowicza przechodził przez Łukawicę zamieszkałą w większej połowie przez drobną szlachtę a po części przez włościan.

W raporcie do Haneckoja, doniósł Borejsza, że Łukawica była gniazdem wylęgajcem „miatieżników”, którzy przebywali tam wiecznie, oraz że mieszkańcy Łukawicy o bytności tamże powstańców a głównie przejściu tychże na dniu 19 września odnośnych nie zawiadomili władz, że powstańcom dostarczali żywności i odzienia, na koniec że wypełnili gorliwie wszystkie powstańców rozkazy.

Wszystkie te zarzuty były niesłuszne, a najniesłuszniejszy ten, że o przejściu oddziału Ejdminowicza, mieszkańcy Łukawicy nie donieśli Moskalom.

Jakże mieli uwiadomić Moskali, gdy zaledwie wyszli powstańcy, zaraz rozpoczęła się potyczka? Było to widocznie niepodobieństwem fizycznem. Gdy atoli mieszkańcy Łukawicy byli zamożniejsi od pomienionych powyżej wiosek, Borejsza zatem spodziewając się ze zniszczenia Łukawicy większych korzyści, Łukawicę postanowił oddać na pastwę płomieni.
Na dzień 2 października

Na dzień 2 października na 20 wiorst w promieniu od Łukawicy, rozkazano stawić się wszystkim obywatelom na 7-ą godzinę z rana, z kilkudziesięciu wsi mieli stawić wszystka szlachta zagonowa i włościanie z wozami. (…) Mieszkańcy Łukawicy, wiedząc i rozkazach, jakie wydano włościanom i szlachcie, przeczuwali wprawdzie jakieś wielkie nieszczęście, nie przypuszczali jednak, ani nawet nie pomyśleli na chwilę, ażeby tak srogi los ich spotkał.

Na dzień oznaczony przybyło kilka rot wojska, tudzież ułani i kozacy i – rozkwaterowali się po wsi. Borejsza ze swoim adiutantem Wołkowem najporządniejszą we wsi zajął kwaterę. Na ten czas stawili się także i mieszkańcy z sąsiednich wiosek z wozami.

Wszyscy dowiadywali się, co to oznacza, dlaczego zwołują wszystkich sąsiadów, i co oznaczają zamówione wozy. - Żołnierze milczeli – może – nie wiedzieli sami. Kazano czekać, - czekali wszyscy. (…)

Słońce miało się już ku zachodowi, jeszcze czekali wszyscy, jeszcze żadnego nie wydano rozkazu. Nadchodzący zmrok jakąś niewypowiedzianą obawą wszystkich przejmował serca. - Coraz ciemniej i ciemniej, - aż czarny całun nocy cały zalegał widnokrąg.

W każdym domu żołnierze; - po drodze konne i piesze snują się patrole, - a cała wioska do koła gęstym moskiewskim czat opasana łańcuchem. Mieszkańcy – truchleją, - obawa wzmaga się coraz bardziej, - małe dziatki tylko do wczesnego przyzwyczajone spoczynku, posnęły gdzieś w kątach, - starsi – milcząco poglądają na siebie. Razi ich rozmowa, wesołość żołnierzy i szczęk broni dolatujący ich z dworu. (…)

Główna wojennego naczelnika kwatera, obstawiona wojskiem; - na podwórzu broń w kozłach; - ułani przy koniach z ręką przy munsztunku do wsiadania gotowi; - kozacy na koniach harcują przed domem. (…)

Wszyscy mieszkańcy strzeżeni;- z domu nawet do sąsiada nie wypuszczają nikogo.

Nagle od końca wsi, głuchy tętent koni rozlega się po drodze. Kilku jeźdźców cwałem pędzi wzdłuż wioski i zatrzymuje się aż pod swojego naczelnika kwaterą. (…)
W całej wiosce ruch wielki

W całej wiosce ruch wielki, jazda dosiada koni, odgłos bębna zwołuje piechotę. Stają w szeregi,- formują się żwawo, - potem słychać komendę i odział wojska piechoty i jazdy opuszcza główną kwaterę i wyrusza ze wsi. Niektórzy z wysłanych na zwiady żołnierzy, na swoje wracają kwatery, w których z tak wielką niecierpliwością i wewnętrznym niepokojem oczekiwali ich towarzysze.

Niespokojni gospodarze zadają żołnierzom odnośne pytania, ale żołnierze, patrząc na nich spod oka, żadnej nie dają im odpowiedzi i tylko między sobą coś szepczą, wzrok ich i szepty jakieś złowrogie- coś przebąkują o wielkim Łukawicę czekającym nieszczęściu, ale niepodobna wywiedzieć się od nich co więcej.

Minęła nareszcie ta ciężka dla wszystkich noc. Pierwszy dnia zaświtał brzask i jakaś nadzieja wstąpiła w serca łukawickiej ludności, niestety na krótko. (…)

Ni stąd, ni z owąd poczęli się po całej wiosce uwijać kozacy, pod każdy podjeżdżali dom i wywoławszy kwaterujących tam żołnierzy, coś z nimi rozmawiali po cichu. Wkrótce potem ozwały się bębny i trąbki, a na odgłos ten – z wyższego zapewne rozkazu – silny oddział kozaków i piechoty wyruszył z głównej kwatery i tak jak piechota jak jazda po całej rozsypały się wiosce.

Po kilku żołnierzy piechoty i jazdy wpadło z osobna do każdego domu.

„Paszoł! Paszoł! Wychodzi!”(Ruszaj! Ruszaj! Wychodź!) krzyknęli kozacy i poczęli wypędzać z domów wszystkich bez wyjątku mieszkańców.

Wszyscy myśleli ze to do męskiej odnosi się płci. Mężczyźni zatem poczęli wychodzić, ale żołnierze zatrzymawszy ich, wyganiali także kobiety i dzieci. Niektórzy żołnierze z ludzkim w sercu uczuciem szepnęli gospodarzom na uch, ażeby przynajmniej podwójną przywdziali na siebie bieliznę i co lepszego z odzienia. „Co zostawicie” mówili im „z tem już nigdy nie ujrzycie się w życiu”.

Te słowa jeszcze więcej biednych przeraziły Łukawiczanów i mało kto z tej korzystał przestrogi. Wszyscy niemal wychodzili z tem, co mieli na sobie, tem bardziej, że ostrzegających, ludzkich, nie wielu było kozaków – inni stosownie do otrzymanego rozkazu, naganiali do pośpiechu i nie dozwalając często przywdziać coś lepszego, wszystkich pędzili przed sobą jak trzodę.

W pół godziny później ludność wsi całej, spędzona na łące pod karczmą, z najwyższym niepokojem w duszy dalszego oczekiwała przeznaczenia. Z żalem poglądali na wieś i z żalem jak kozacy i soldaci, wypędziwszy bydło, konie i owce na pole, później wszystko razem gdzieś uprowadzili ze sobą. Z żalem poglądali, jak soldaci uganiając po wsi za nierogacizną, zabijali je drągami. Droga cała wśród wsi była zasypana pierzem, drób bowiem co do sztuki wybili soldaci.

Kilaset furmanek przewoziło – wszystkie mieszkańców ruchomości tudzież siana i zboże w ziarnie i w znopach na pole, a następnie do dworu w Piotkowej, gdzie kwaterowali Moskale.
Przewożenie całej ruchomości

Przewożenie całej ruchomości mieszkańców do Piotkowej trwało niemal całe trzy dnie, mimo tego obywatelom przybyłym z rozkazu Borejszy dopiero nad wieczorem dnia 3 października pozwolono jechać do domu z rozkazem, ażeby nazajutrz stawili się rano o 10 godzinie. A gdy przybyli nazajutrz, oznajmiono im, że na teraz mogą znowu rozjeżdżać się do domów – i przybyć do Łukawicy dopiero dnia 5 października o 3 po południu. Jakaż to nikczemna złośliwość, cóż za niska chęć dokuczania!

Dnia 3 października rano, zaraz po wypędzeniu mieszkańców na łąkę, przeznaczono do każdego domu dla zbierania ruchomości po trzech podoficerów a mianowicie z piechoty, od ułanów i kozaków. Uczyniono to jedynie z tego powodu, że zupełnie nieznajomi z sobą podoficerowie nie tak łatwo zdobędą się na zmalwersowanie lub zabór czegokolwiek na swoją korzyść, jeden bowiem będzie obawiał się drugiego nieznajomego. - Z początku rzeczywiście, dopóki nie porozumieli się byli skrupulatni, znalezione pieniądze spisywali i oddawali naczelnikowi Borejszy w całości, inne przedmioty zaś nakładali na wozy i wyprawiali w pole. Wkrótce atoli zaznajomiwszy się bliżej, znalezionemi pieniądzmi i kosztownościami dzielili się wiernie i zgodnie.

Mieszkańcy Łukawicy – zanim wywieziono ich ruchomości i zboże – całe niemal trzy dni i noce, otoczeni wojskiem, pod gołem niebem przepędzili na łące. Upał dniem, nocą chłód, wilgoć, i brak ciepłego odzienia, szkodliwy na zdrowie wywierały wpływ. Bardzo wielu zatem mieszkańców, a osobliwie wiele dzieci, rozchorowało się mocno. Borejsza zabronił wojskowym lekarzom ratować nieszczęśliwe ofiary.

Zdarzyło się, że między mieszkańcami spędzonymi na łąkę pomnożyła się ludność o – dwoje nowonarodzonych dziatek. Gdy proszono Borejszę, ażeby pozwolił zawieść dzieci do chrztu do kościoła, nie dozwolił uczynić tego nawet pod konwojem.

– Jeżeli – mówił po moskiewsku – jeżeli chcecie ochrzcić je na prawosławie, dozwolę natychmiast, inaczej niechaj zdychają bez chrztu. - Rodzice nie zgodzili się na to, a jeden z najstarszych i najpoczciwszych gospodarzów w braku kapelana, ochrzcił nowonarodzone dzieci.

Tu i ówdzie pomiędzy zgromadzoną na łące zagonową szlachtą litewską i włościanami rozmaici kręcili się sołdaci, podoficerowie i oficerowie, którzy powierzając im jakoby pod największym sekretem, że Łukawica cała paść ma ofiarą płomieni, a wszyscy mieszkańcy w sybirskie zostaną wysłąni stepy, niby z najlepszego doradzali im serca, ażeby oświadczyli naczelnikowi wojennemu, że dobrowolnie pragną przyjąć prawosławie. „Wówczas, mówili, pułkownik Borejsza odniesie się do jenerała Uaneckoja, a ten zapewne nie tylko ułaskawi wszystkiech, ale nadto bogatemi obdarzy ich gruntami i innemi łaski”.
Dzielni, niewiarołomni Litwini

Dzielni, niewiarołomni Litwini, oświadczyli im krótko ale wyraźnie, że żadne bogactwa a tem mniej łaski moskiewskie nie są wstanie skłonić ich do wyrzeczenia się wiary swych przodków.

Dowiedziawszy się, że Łukawica ma być spalona, kilka podeszłych niewiast zgłosiło się z prośbą, by pozwolono im udać się do swych domów po trochę pieniędzy, które mają w ukryciu. Borejsza pozwolił i obok konwoju przydał im jeszcze stanowego „pristawa” Biedne staruszki wydobyły z ukrycia w obecności tego czynownika swoje niewielkie kilkudziesięcioletnią pracą ciężką i oszczędnością nabyte i grosz do grosz uzbierane zasoby, czynownik atoli odebrał im zaraz na miejscu i jakkolwiek oświadczył, że nic nie przepadnie, że je otrzymają na powrót, biedne kobiety nie otrzymały ani szeląga.

W tym samym czasie jeden z soldatów oznajmił swemu przełożonemu podoficerowi, że jeden z Łukawickiej szlachty wspomniał mu o swoich w domu zakopanych pieniądzach. To oznajmienie po komendzie do wojennego, doszło naczelnika.

Przywołany szlachcic potwierdził doniesienie soldata, równocześnie jednak oświadczył, że wydobędzie je wówczas tylko, jeżeli wojenny naczelnik da mu słowo honoru, że przynajmniej połowę otrzyma zaraz, „w przeciwnym razie” rzekł „niechaj przepadną! Niechaj zaginą w pożarze!” Borejsza dał mu słowo honoru, że ani jednego szeląga nikomu nie dozwoli zabrać.

Szlachcic prosił o siekierę i rydel. Gdy mu przyniesiono, wojenny naczelnik dyżurnemu rozkazał oficerowi towarzyszyć szlachcicowi na miejsce.

Przyszedłszy do swojego domu, na środku izby siekierą gliniane wyrąbał klepisko, następnie kilka razy rydlem wziął ziemię i ogromny, pełen ubitych rubli, miedziany wydobył garnek.

– A może – zapytał oficer poufnie – może na spodzie garnka masz jeszcze i złoto?

A tak – odrzekł szczery szlachcic otwarcie – jest tam trochę i dukatów i półimperiałów.

Oficer rozkazał sołdatom szlachcica odprowadzić na łąkę, sam zaś z innymi sołdatami cały garnek z pieniędzmi zaniósł do Borejszy. - Borejsza dotrzymał słowa – nie dał nikomu zabrać ani szeląga – Sam zabrał wszystkie pieniądze. Biedny, podeszłego wieku szlachcic, zachorował z rozpaczy i w kilkanaście dni później zakończył życie.

Pomimo że na wszystkie strony kradli sołdaci, podoficerowie, oficerowie i naczelnik Borejsza, - przecież z pieniędzy znalezionych po skrzynkach, książkach, poza obrazami w futrynach domu, w płótnach i t. d. oddano do rządowej kasy kilkanaście tysięcy rubli.
Pułkownik Borejsza

Pułkownik Borejsza podczas swojego w Łukawicy pobytu często przywoływał starostów i starszyn z całego sąsiedztwa. Rozmawiał z nimi poufnie, po przyjacielsku, tłumaczył im obecne ich stanowisko, udzielał serdecznych przyjacielskich rad i dawał im rozmaite nauki.

Jak każdy w ogóle, tak i litewski włościanin – jeżeli mu wolno i słuchają go – lubi mówić wiele, dowiadywać się, pytać o wszystko, a następnie swoim to wszystko roztrząsać rozumem.

Usłyszawszy z ust jenerała Haneckoja, że wszystka ziemia, lasy, pastwiska itd. włościan są własnością obecni u Borejszy włościanie pragnęli dowiedzieć się od niego, jak on zapatruje się na to i czy z ust samego Borejszy nie usłyszą potwierdzenia tego, co niedawno ogłosił im jenerał Uaneckoj. Spytali go zatem , czy rzeczywiście wolno im używać lasów i pastwisk, gdy – tak sami panowie jako też i pańscy oficyaliści zabraniają tego surowo?

– Jeżeli – odpowiedział im na to Borejsza – jaki leśnik zaprzeczać i wzbraniać wam będzie prawa do lasu, wówczas na pierwszym lepszym pniu siekierą utnijcie mu głowę.

Tak – kłaniając się, inny zagadnął włościanin – to dobrze dal tych, u których jest las, ale jak u nas w całych dobrach pańskich nie ma i gałązki, cóż nam czynić należy?

To jedź – odrzekł Borejsza- rąb tam, gdzie jest. - A jeżeli – właściciel będzie skarżył przed „naczalstwem?” - zapytał inny i obecnych włościan.

- Gdy przyjdzie do mnie ze skargą - tłumaczył Borejsza – wówczas wsadzą go do ostroga.

Oto zasady, jakie moskiewscy czynownicy wpajali w poczciwy litewski lud! Oto porządek jaki moskiewscy naczelnicy wojenni głosili włościanom!

Oto, obok hulanki, pijatyki i bezwstydnej swawoli, jeden jego w Łukawicy pobytu, który przedłużył się aż do zupełnego ukończenia przewozu całego mienia mieszkańców. ?A przewóz ów przeciągał się tem dłużej, że zamożni Łukawicanie posiadali kilkuletnie złoża zapasy i jakkolwiek wszystko odbywało się z nadzwyczajnym pośpiechem i wiele nawet marnowano zboża, wyruszyły dopiero około 6 godziny wieczorem dnia 5 października do Piotkowa.
Zbliżała się straszna, rozstrzygająca chwila

* * *

Zbliżała się straszna, rozstrzygająca chwila. Ostatnie z mieniem nieszczęśliwych Łukawiczanów odprawiono wozy. Łukawiczanie smętnym za temi wozami powiedli wzrokiem, - wzrokiem i myślą żegnali się z mieniem nabytem ciężką długoletnią pracą, krwawym czoła swego potem, Kobiety ocierały łzy, które całą siłą cisnęły się do oczu.

– Et- rzekł jeden z gospodarzy – czego szlochacie. Taka wola Boga, trzeba godzić się z nią, należy przyjmować z pokorą co zsyła Bóg. Może i na nich przyjdzie kiedyś kolej.

Tak – płacząc odpowiedziała jego własna żona – mówisz prawdę i ja także zgadzam się na to co zsyła Bóg, ale czyż podobna wstrzymać się od łez? Patrz – i wskazała mu dwoje własnych dziatek małych, leżących na ziemi. Jedno mniejsze dwuletnie leżące na płachcie, którą biedna kobiecina uniosła z sobą. Dziecię leżało blade, - zamglone oczy w jedno ku niebu utkwione miejsce – a zsiniałe usta rozwarły się z lekka – Dziecię widocznie było – konające. Drugie starsze, chłopak mniej więcej lat pięciu, na gołej, wilgotnej leżał ziemi – w kurczowych boleściach wijąc się ciągle zsuwał się z sukmanki, jaką podesłała mu matka. Usta miał spalone, czarne – policzki trupią pokryte bladością, iskrzące oczy – rozpalone, jakby zabiegłe krwią.

Ojciec odwrócił się prędko od tego serce rozdzierającego widoku – w oczach zabłysła mu łza. Ręce założył na piersi, zacisnął pięście, dolną wargę przygryzł do krwi, a z łzawego oka strzelił promień strasznego gniewu.

– Boli – Mamunciu! - boli, boli! - wijąc się po ziemi słabym głosem małe zawołało chłopię – Matka zbliżyła się do dziecka i zachodząc się od płaczu, znów złożyła na sukmankę i poczęła je pieścić i uspokajać, że to przejdzie wkrótce.

Takich słabych dzieci wiele było na łące, ale i z starszych rozchorowało się wielu, febra i dyarya trapiły większą niemal połowę, nikt jednak o te nieszczęśliwe nie troszczył się ofiary, a Borejsza swoim lekarzom zabronił do nich przystępu!

Wszyscy ci nieszczęśliwi byli, już biedni, zrabowani, odarci z wszystkiego – na opłacenie się więc, nie mieli już pieniędzy!

Zmartwieni, złamani boleścią, ciężkiemu poddali się losowi. Małemi grupami leżąc, stojąc lub siedząc, pocieszali się wzajemnie. Spoza ciasnego, silną strażą opasanego koła, kiedyś tylko niekiedyś rzucili okiem na pustą już wioskę. - Z wioski nadciągały oddziały wojska albo pojedynczy sołdaci pieszo lub konno, a wszyscy obładowani mieniem nieszczęśliwych, dążyli na łąkę gdzie wszystkie pojedyncze oddziały formowały się w szwadrowny sotnie i roty.

Poza ciasnem Łukawiczanów kołem tysiące z sąsiednich wiosek zgromadzonych włościan, szlachty i obywateli, stało w milczeniu oczekując- jak zapowiedziano – prędkiego Borejszy przybycia. Na wzgórku pod wsią sołdaci układali olbrzymi stos suchego chrustu.

Zaciemniło się już zupełnie, gdy od strony wioski głośny koni rozległ się tętent. Gdy jeźdźcy wyjechali na pagórek, tuż obok ułożonego stosu chrustu, kila do jaśniejszych na zachodzie obłoków zarysowało się postaci a że to od grupy Łukawiczanów było niedaleko, rozróżniono między innymi postać pułkownika Borejszy, jego adiutanta Wołkowa i kilku oficerów.

Komenda „Smirno!” (baczność) ze wszystkich rozległą się stron. A dowódcy rot, szwadronów i kozaków pospieszyli do pułkownika z zwyczajnym w takim razie raportem.

Pułkownik salutował, odnośnych dowódców zatrzymał przy sobie i tylko adiutantowi ciche jakieś wydał rozkazy.

Adiutant spiął konia i podjechawszy do oddziału kozaków, szepnął coś essanlowi na uch i – wrócił do Borejszy. Essauł tymczasem z całą swoją sotnią ruszył od prawego i dobrym ku Łukawicy puścił się kłusem.

Gdy essauł kozacki dojeżdżał do wioski, Borejsza rozkazał przywołać wszystkich obywateli i wszystkich z sąsiednich wiosek spędzonych włościan i zagonową szlachtę – Zaledwie zbliżył się, polecił podpalić stos.

Chrust suchy zajął się szybko jasnym buchnąwszy płomieniem, oświecił czarną tę scenę i odpychającą postać Borejszy. Borejsza był to mężczyzna średniego wieku, miernego wzrostu, barczysty, silnie zbudowany, o jasnym nieco z siwizną pomieszanym włosie, niskiego,tłustego, grubemi zmarszczki, pooranego czoła; długie, jasno szpakowate brwi gęste, spadały w nieładzie na zielonkowate, okrągłe, wypukłe, raczej naprzód wysadzone oczy, zawsze nabiegłe krwią; krótki, lecz gruby ogórkowatego kształtu, czerwony nos, ginął niemal pomiędzy wiekiemi, szpakowatemi wąsy, pokrywającemi dość cienkie, silne wargi, a wielkie angielskie baki, owa główna niemal cecha cywilizacyi moskiewskiego oficera, zakrywały prawie zupełnie czerwone i pełne pana pułkownika policzki, Cała postać wraz z kilkoma na piersi błyszczącemi krestami, była przerażająca i odpychająca.

Na białym siedząc koniu, kepi francuskiego kroju zacisnął aż nad oczy, co i tak srogim rysom jego twarzy, jeszcze większej dodawało srogości.

Na białym, nieco niespokojnym koniu, zwrócony lewem ramieniem do ognia a frontem do mieszkańców Łukawicy, przystąpił do odczytania wyroku mniej więcej w następującej osnowie:

„Jenerał Ganeckoj – dowiedziawszy się z raportu wojennego naczelnika pułkownika Borejszy, że Łukawica niejednokrotnie przyjmowała „bandy miteżników” a nie uwiadomiała o tem ani władzy wojskowej, ani policyi, oraz że przez niezawiadomienie tego rodzaju, oddział wojska na dniu 19 września narażonym został na straty niemałe, rozkazuje: wszelaką mieszkańców Łukawicy ziemię, tudzież wszystkie tychże ruchomości zabrać na skarb, następnie całą wieś spalić do szczętu, a pod dokonaniu tego, wszystkich bez wyjątku mieszkańców, bez względu na płeć i wiek, wysłać natychmiast w oddalone gubernie sybirskie.”

W tej samej chwili, jakby za dotknięciem czarodziejskiej laski z kilkudziesięciu naraz domów Łukawicy, czerwone mignęły płomyki i wszystkich obecnych całą uwagę zwróciły w tę stronę.

Borejsza, zaraz po przeczytaniu tego barbarzyńskiego wyroku w następujące odezwał się słowa:

„Wszystka ziemia w całej Rossyi jest niezaprzeczoną własnością cara. Car dozwala łaskawie używać, mieszkać na niej, ale w każdym razie również niezaprzeczone ma prawo odebrać ją i oddać komu się podoba!”
Czy uwierzy kiedyś nasza potomność

Czy uwierzy kiedyś nasza potomność, że w drugiej połowie XIX stulecia istnieć mogły prawa tego rodzaju? Czy uwierzy, że w drugiej połowie XIX stulecia bezkarnie podobnych dopuszczano się okrucieństw? Czy uwierzy dzisiejsza Europa, że 1863 roku podobne zasady wobec kilku tysięcy ludzi wypowiadał moskiewski pułkownik?

Włościanie z dóbr skarbowych, którzy przed dwoma laty, złożeniem trzech części wartości swych gruntów do rządowej kasy, wykupili się zupełnie, słysząc podobną o własności pułkownika decyzję, poczęli narzekać głośno, że kupując na wieczne czasy ziemię, którą car odebrać im może każdej chwili, okropnie zostali zawiedzeni.

Borejsza pominąwszy milczeniem głośne włościan narzekania, wzywał wszystkich obecnych, ażeby powstańcom nie dawali ani mieszkania, ani przytułku, ani żywności, oraz ażeby o każdem zjawieniu się powstańców natychmiast wojskowe i policyjne zawiadamiali władze, w przeciwnym bowiem razie wszystkich podobny czeka los, jak mieszkańców Łukawicy.

Na te słowa odezwało się kilku włościan z zapytaniem, co mają czynić, gdy znaczna przyjdzie siłą powstańców, gdy całą otoczą wioskę i zażądają żywności lub przytułku?

Borejsza wychodząc z moskiewskiej zasady: że prawa moskiewskie żadnego nie znoszą rozumowania – wyrzuciwszy z ust swych cały słownik najohydniejszych przekleństw i krzyknąwszy: „malczat i słuszat sukinsyny!” (milczeć i słuchać psie syny!) - zakończył swoją mowę i zrobiwszy nagle wraz z koniem pół obrotu w prawo, rzucił okiem na Łukawicę.

Był to piękny, zarazem straszny i zgrozą przejmujący widok. - Cała Łukawica przedstawiła się widzom jakby tylko jeden olbrzymi płomień. Dwieście do trzysta budynków były naraz ogarnięte płomieniem.

Ten widok przeraził wszystkich, wszyscy zaniemówili prawie, nikt nie przemówił słowa, cichy tylko jęk słabych Łukawiczanów i niegłośne, - widocznie powstrzymywane Łukawiczanek łkania, tudzież żałośne w około wsi psów wycie tę straszną przerywało ciszę.

Wszystkie domy podpalone jednocześnie, naraz prawie pełnym buchnęły płomieniem, w mgnieniu oka wszystkie ogarnęły budynki, płoty, drzewa i wszystkie inne palne przed mioty.

Tuż pod wsią samą niedaleko gorejącego stosu chrustu, jeden przy drugim, trzy stało krzyże. Borejsz dostrzegł, że jeszcze nie ogarnięte płomieniem.

– Sożecz!- (spalić) krzyknął na kozaków, ręką ukazując im krzyże.

Żaden z kozaków nie ruszył się z miejsca.

– Sożecz etyje proklutyje kresty! - (spalić te przeklęte krzyże!) w wściekłym gniewie wrzasnął Borejsza i spiąwszy konia ostrogami, podskoczył do kozaków. Kozacy stali w milczeniu, - a jakkolwiek na widok wściekłego gniewu swego naczelnika, twarze ich trupia z przerażenia powlekła bladość, żaden z nich nie miał odwagi spełnić świętokradzki naczalnika rozkaz.

– Sożecz! - po raz trzeci rozkazywał Borejsza, trzęsąc się cały i grożąc kozakom zaciśniętą pięścią.

– Nielzia! - (nie wolno) nielzia! - jakby z jedniej piersi krzyknęli kozacy dodając: - Eto kresty! (to krzyże).

Borejsza widząc taką zgodność postępowania kozaków, obawiając się buntu, krzyknął tylko:

– Skatiny! Mierzawce! Proklatyje trusy! (bydlęta! Obrzydli! Przeklęte tchórze!) potem zeskoczywszy z konia i oddawszy go jednemu z żołnierzy, podstąpił pod krzyże, obłożył je mierzwą słomianą, następnie palącą się chrustu pochwycił gałęź i własną ręką podpalił słomę do koła. Wrócił – dosiadł konia i – czekał rezultatu swych trudów.

Słoma zgorzałą prędko – trzy krzyże pozostały nietknięte, wysokie ramiona ich wyraźnie rysowały się wobec jasnej, czerwonej łuny pożaru – stały jakby groźne nieme zbrodni świadki i oskarżyciele. Borejsza ponownie zeskoczył z konia, jeszcze więcej podłożył słomy i zapalił powtórnie.

Niestety – i tą razą daremnie były jego trudy – dopiero gdy po raz trzeci dorzucił słomy, trzy krzyże jasnym buchnęły płomieniem. Łukawiczanie padli na kolana – To była ich ostatnia na ojczystej ziemi modlitwa!

Żywym nadzwyczaj ruchliwym płomieniem powiewała wiatr i na wsze miotał strony. Kłęby czarnego, gęstego dymu, wznosząc się wysoko, sięgając gdzieś tam aż pod nieba sklepienie, ciemne dymu tworzyły chmury. A spośród czarnego, nad Łukawicą wznoszącego się słupa, miliony to mniejszych to większych iskier – w kształcie olbrzymich rakiet wysuwały się w górę, by potem jakby gwiazd deszczem, zniknąć na powrót w ognistem jeziorze. Czerwona łuna na ciemnem niebieskiego sklepienia odbiła się tle a oświecając z swej wysokości daleki widokrąg, wszystkim przedmiotom krwawy nadawała kolor – Wszystkie w dali stojące postacie wydawały się jakby krwistą oblane posoką. Cóż to za straszna dla nieszczęśliwych Łukawiczan chwila!
Cóż to za straszne, przerażające okrucieństwo

Cóż to za straszne, przerażające okrucieństwo, ażeby kilka tysięcy ludzi spędzać na widowisko rozmyślnego niszczenia pracy i kilkuwiekowych zabiegów, starań kilkudziesięciu rodzin, których podli barbarzyńcy, jedynie dla osobistych tylko widoków – naraz w jednej chwili, wyzuwają niewinnie z wszelkiej własności i osobistych praw, na domiar tego okrucieństwa, na wieczną skazawszy niewolę w oddalone Syberyi wysyłają gubernie?

Gdzież istnieje prawo, które za postępek lub zbrodnię syna, upoważnia karać ojca, matkę, siostrę lub brata?

A cóż dopiero w obecnym wypadku, gdzie mieszkańców Łukawicy nie posądzano nawet, ażeby do powstania swoich wyprawiali synów? Zresztą i czemże zawinić mogli starcy, niewiasty i dzieci, którzy nawet nie pojmowali może ani przyczyny, ani celu powstania?

Czyż można nazwać to winą mieszkańców, że trzykroć silniejszy oddział uzbrojonych powstańców wkroczywszy do wioski, rozkazał dostarczyć sobie żywności?

Czyż opór w tym względzie nie naraziłby ich na podobnąż pożogę?

Moskale – polski rewolucyjny rząd narodowy „piekielnym” nazwali rządem. Jakżeż, pytam, nazwać ów rząd, który jak moskiewski, mieniąc się opiekuńczym, w tak okrutny sposób nad niewinnymi pastwi się mieszkańcami?

Jakżeż nazwać ów rząd, który pod pozorem imaginowanej mieszkańców winy, obrabowawszy całę ich mienie, wyzuwszy ich z ziemi ojczystej i oddawszy ich domy na pastwę płomieni, wysłaniem wszystkich w stepy sybirskie, na powolną skazuje śmierć?

Każdy żołnierz, każda armia najszlachetniejszego nawet narodu – może dopuścić się okrucieństwa w chwili zaciętej walki. W chwili krwawego boju, gdzie to krew zaćmi oko, a huk dział przygłuszy jęki i błagania bezbronnych o litość, niebaczny żołnierz mimo woli dopuści się czynu niegodnego walecznego wojownika.

Przy zdobyciu twierdzy, która broniąc się długo i mężnie z czarnych paszcz armatnich słała śmierć i zniszczenie – rozjątrzony zdobywca w pierwszej szału chwili trupem ściele wszystko co stanie na drodze, bez względu i pytania: „winny czy niewinny?” - Ale, ażeby w chwili niezamąconego prawie spokoju – (bo już w kilkanaście dni po ostatniej walce) – podobnych okrucieństw na spokojnych, bezbronnych i niewinnych dopuszczać się mieszkańcach, bez względu na płeć i wiek, na to – potrzeba być chyba – tylko Moskalem, Moskalem, w drugiej połowie XIX stulecia!
Łukawica pełnym jeszcze gorzała płomieniem

* * *

Łukawica pełnym jeszcze gorzała płomieniem, na niebie jeszcze czerwona nie zmalałą łuna i całą jeszcze jasnością i siłą daleki oświecała widnokrąg – gdy z rozkazu Borejszy ozwały się trąbki i bębny – To hasło do zbioru.

Była to bolesna, ciężkiej próby dla Łukawiczanów chwila.

„Paszoł! Paszoł! - na nieszczęśliwych krzyczeli kozacy i żołnierze. „Adiewajsia, poskariej!Stupaj! Do powierki! - („Ubierajcie się, prędzej! Ruszaj! Do przeliczenia!”) wołali po kilkakroć razy.

Biedni Łukawiczanie, jakkolwiek wiedzieli, że popędzą ich w Sybir, nie oswoili się atoli jeszcze z tą myślą, ani przypuszczali, że to nastąpi tak prędko.

Żołnierze, którym spieszyło się do Bielska, napędzali do pośpiechu; słabi i starcy nie mogli pospieszyć, a niektóre, kilkorgiem dzieci obarczone kobiety, nie umiały dać sobie rady – Nastąpiła tu scena, o której ci tylko dokładne mogą mieć wyobrażenie, którzy tego naocznymi byli świadkami. Najwięcej biedne ucierpiały kobiety. Jedno dziecię w płachcie na plecach, drugie przy piersi a trzecie także jeszcze niewielkie, drżące z przerażenia, prawie konwulsyjnie trzyma się ojca lub matki, którzy złamani boleścią, zaledwie nogi wloką za sobą. Płacz kobiet i dzieci rozdzierał cerce. Potrącano, szturchano, bito kolbami i ustawiano w szeregi.

Między spędzonymi z sąsiednich wiosek, znajdowało się wielu pokrewnionych z mieszkańcami Łukawicy. Byli tam ojcowie, matki, siostry, bracia, córki, synowie, narzeczone, przyjaciele i dobrzy znajomi.

Pragnęli oni pożegnać się z swoimi. Prosili o to Borejszy, ale ten starszy moskiewski zbir, oświadczając, że nie może pozwalać, ażeby z miateżnikami żegnano się jak z poczciwymi ludźmi, zburczawszy ich ostatniemi słowy, rozkazał im oddalić się spiesznie.

Podoficerowie przystąpili do „powierki”.

Jedna z Łukawiczanek, szlachcianka, już bardzo wiekowa staruszka, prosi się, ażeby przedstawiono ją naczelnikowi któremu ma coś bardzo powiedzieć ważnego.

– Czego? - krzykną na nią Borejsza z daleka.
Staruszka nic nie odpowiadając, postępowała poważnie.

– Czego? - ponownie wrzasnął Borejsza.

Staruszka prowadzona pod strażą, podszedłszy niedaleko Borejszy, padła na kolan i złożywszy ręce jakby do modlitwy, w następujące słowa błagalnym, odezwała się głosem:

– Panie! Tu pierwsze ujrzałam światło, tu urodziłam się, tu wychowano mię – tu pomarli moi rodzice, tu spoczywają w grobie mój mąż i moje dzieci – nie mam już na świecie ni

kogo – stara – zgrzybiała, nie prydam się wam na nic, nie zawiniłam nic – nie włóczcie starych mych kości po świecie – a jeżeli już koniecznie chcecie mojej zguby – pozwólcie, pozwólcie umierać mi tutaj, niechaj moje kości, moje popioły na tej pozostaną ziemi, pozwólcie mi Panie – mówiła, błagalnie ku Borejszy wyciągając ręce – pozwólcie – rzucić mi się w płomienie!

– Poszła won! Wrzasnął Borejsza i zwracając się do kozaka, dodał pół śmiechem, pół gniewnie:

– Nagajkoju etuju sumaszedszuju, a atajdjol jeja żełanie! (Nahajką tę waryatkę, a odejdzie jej ta chęć!)

Kozak ściśle wykonał rozkaz naczelnika i drżącą z przestrachu staruszkę zawleczono raczej, niż zaprowadzono do szeregu już obliczonych Łukawiczanów.

Dowódcy rot, sotni i szwadronów, tudzież naczelnik konwoju nieszczęśliwych ofiar, przybyli do Borejszy z raportem, że już wszystko do pochodu gotowe.

Odezwały się trąbki i bębny – Hasło do pochodu.

Kozacy ruszy przodem, za nimi rota piechoty, następnie Łukawiczanie silnym piechoty i jazdy otoczeni konwojem, nareszcie jeszcze jedna piechoty rota, na koniec ułani i tylna straż złożona z kozaków. Po bokach całej kolumny tysiące z sąsiednich wiosek spędzonego ludu.

Biedni Łukawiczanie ze łzami w oczach żegnali palącą się wioskę. Tam – płonęła ich przodków i ich własna przeszłość, ich praca ich trudy, nadzieje, całe ich szczęście! Wszystkie szczęśliwe, niegdyś spędzone tam chwile, żywo przed ich stanęły oczyma i wyciskały łzy. Krewni z sąsiednich wiosek zbliżali się do nich sołdaci, atoli i kozacy z wyraźnego Borejszy rozkazu odpędzali wszystkich kolbami i nahajkami.

Gdy cała kolumna ruszyła z miejsca, kobiety nie mogące utulić się, głośnym wybuchły płaczem, a i u mężczyzn nie jedna z oka spłynęła łza. Głośne z sąsiadami pożegnania: „Bywajcie zdrowie! Bóg z wami! Niech waz Bóg prowadzi szczęśliwie! Nie zapominajcie o nas! Nie traćcie nadziei! Pamiętajcie na nas!” z tysiąca odzywał się ust.

Kolumna cała szybszym ruszyła krokiem; Łukawiczanie zaledwie nogi wlokli za sobą.

Żołnierze z całem brutalstwem popychali ich kolbami – Wiele kobiet i starców padało ze znużenia – Silniejsi brali ich pod ramię i raczej dźwigali, niż prowadzili ze sobą, nie którzy, małe i chore dzieciaki nieśli na ręku. Z głośnym płaczem kobiet, krzykiem dzieci i jękiem słabych, mieszały się żałosne głosy psów; wiernych stróżów domu, wyjących w pobliżu pożaru. Biedne psiska, nie mogąc pojąć co to oznacza, to biegały do palącej się wioski, to przeciskając się poprzez szeregi konwoju, skomlały i łasiły się do tych, którzy dobroczynną karmili je ręką. Dzikie żołdactwo uprzejemniało sobie pochód zabijaniem tych poczciwych stworzeń. Gdy któremu z żołdaków powiodło się przynęcić do siebie psa, a potem z nienacka dźgnąć go bagnetem, a biedne zwierzę zaskomlało z boleści; powszechny tych barbarzyńców powstawał śmiech i radosne krzyki. (…) a i ta okrutna żołdaków igraszka także niezmałą nieszczęśliwym Łukawiczanom sprawiała boleść; wierność poczciwych tych stworzeń, które nie opuszczały ich w nieszczęściu, wielką był dla nich pociechą, ale i tej wzbraniali im żołdacy.

Im więcej oddalali się od Łukawicy, tem smutniej było w duszy biednych Łukawiczanów, tem większy ogarnął ich żal.

Coraz słabiej na niebie czerwona przyświecała łuna i coraz większa całą kolumnę otaczała ciemność. Wszedłszy do lasu, wśród czarnej znaleźli się nocy.

Jaki nieszczęśliwych dalszy był pochód, dość mniemam powiedzieć, że do Bielska na włąsnych rękach dwóch przynieśli trupów: dziecka i – starca.

W kila dni później wyprawiono ich w Sybir.
Po pięciu prawie latach

Po pięciu prawie latach, bo w pierwszej połowie 1868 r., gdy przekonano się o zupełnej niewinności Łukawiczanów, biały, nad Polską, Litwą i Rusią panujący uzurpator, raczył najłaskawiej rozkazać, ażeby wszystkich jeszcze niewymordowanych Łukawiczanjów (z których zaledwie pozostała połowa) wrócić do kraju, utwierdzając się atoli na przyjętej i ustanowionej przez siebie zasadzie, ażeby na Litwie nie było Litwinów, a w Polsce i Rusi Polaków i Rusinów – najłaskawiej w wielkiem, niezrónanem miłosierdziu swojem, raczył nie dozwolić wracać ich na Litwę, tylko do zagrabionego Królestwa Polskiego.

Na prośby nieszczęśliwych wróconych z Syberii dozwolono im w Warszawie obrać sobie na stałe mieszkanie Augustowską gubernię, a mianowicie okolice Wysokie Mazowieckie.

Ci przed zrabowaniem ich mienia, przed spaleniem rodzinnej ich wioski i przed wysłaniem ich w Sybir, jeżeli już niebogaci, to niewątpliwie bardzo zamożni gospodarze – gdy po swoim powrocie z Syberyi następnie z Warszawy przybyli na stacyę żelaznej kolei w Łapach, w tak okropnem znajdowali się położeniu, że obecni ich przybyciu niemieccy, robotnicy z mechanicznych warsztatów żelaznej kolei, zdjęci litością na tle nieszczęścia, ze skromnych swoich funduszów kupili tym wynędzniałym, wygłodniałym i niemal do naga obdartym istotom potrzebny w pierwszej chwili posiłek, a następnie obiad.

Należy tu oddać, że położenie tych nieszczęśliwych w Augustowskiej guberni – wobec dzisiejszego ucisku i ciągłego, bo w rzeczywistości niezniesionego wojennego stanu – o wiele jest gorszem jak w strasznej Syberyi. Nikomu bowiem nie wolno ich wspierać, a kto dopuściłby się tej, zdaniem moskali – strasznej zbrodni, narażony bywa jako przyjaciel „matieżników” na niezwłoczne przyaresztowanie. A ktokolwiek ofiarowałby im przytułek, lub przyjął do siebie na służbę albo jakie inne stosowne dał im zajęcie – jeżeli nie na przyaresztowanie i wywiezienie w Sybir, naraża się bez wątpienia na inne tysiączne przykrości i prześladowania.

A jest w tem podwójny cel, po pierwsze: gdy nie podobna było wymordować wszystkich w podróży tam i nazad, oraz w Syberyi, moskale postarają się dokonać tego po ich powrocie. Pod drugie: pragnął moskale tem samem Litwinów powaśnić z Polakami, gdy bowiem z jednej strony najokrutniej prześladują wszystkich tych, którzy z tym nieszczęśliwym z jakąkolwiek przychodzą pomocą - z drugiej strony starają się przekonać Litwinów o niewdzięczności Polaków, którzy za tyle ofiar, jakie poniosła nieszczęśliwa Litwa w tak wielkiem nawet nieszczęściu, nie śpieszą dla nich ani ze wsparciem, ani z ofiarowaniem przytułku i pracy.

Mimo tego każdy z prawych Polaków w miarę sił swoich, nawet z narażeniem własnem – pomaga chętnie.

SP Simple Youtube